Beztroskie lata

Są przecież dla kolejnych pokoleń inne. A tak naprawdę takie same, choć zmienia się wszystko.
Moje przypadły akurat na czasy, uważane za ponure, tzw. stalinowskie. Ja ich jednak tak nie pamiętam, choć właściwie nie mieliśmy wtedy nic. W latach powojennych rodzice dokonywali cudów, by w ogóle nas ubrać i nakarmić. Po szkole rozrywkę i zabawę trzeba było zapewnić sobie samemu. W domu, a nawet w szkole na przerwach, grało się  w cymbergaja, do czego potrzebny był jedynie grzebień, dwie większe monety i trzecia mniejsza.

CymbergajZoska
Cymbergajowy strzał na bramkę. Nieco włóczki z ciężarkiem – to osobista zośka

Na dworze potrzebna była zośka, czyli własnoręcznie wykonany chwaścik z maminej włóczki, z ołowianym ciężarkiem przymocowanym do niego drucikiem. Gra polegała na odbijaniu tej zośki krawędzią podeszwy buta. Niektórzy potrafili robić to godzinami bez upadku zośki na ziemię! I było to znacznie bardziej ekscytujące niż, na przykład modna później gra w badmintona lub tenisa ze ścianą. Zośki robiliśmy sobie sami, a zośkowe zawody trwały godzinami, również drużynowe. Typową grą podwórkową były też klasy, czyli narysowane kredą na asfalcie lub betonie kwadraty i półkola, po których się skakało bez skuzki, czyli nadepnięcia linię. Najciekawsze były jednak wyprawy na sąsiednie ulice. Na przykład do małego sklepiku po paczuszkę landrynek za grosze „wyżebrane” od rodziców. Albo na FILM! Mieliśmy bowiem po sąsiedzku, dopiero co zbudowane, nowoczesne kino STOLICA. Z widownią na kilkaset widzów i niesamowitymi filmami! Poza niedzielnymi nudnymi dla nas porankami, niedostępnymi z powodu naszego wieku. Na to też znaleźliśmy sposób.

OKNeron
Na górze: kino  STOLICA – kasa biletowa i wejście. Skwer przed kinem, gdzie spędzaliśmy przerwy między seansami, często obserwowani przez tajniaków (np. ten facet co niby czyta gazetę). Tylna pierzeja sali kinowej z kilkoma wyjściami dla widzów na ulicę (to zdjęcie współczesne). Na dole: dwaj główni bohaterowie filmu OK Neron!. amerykańscy marynarze stacjonujący po wojnie we Włoszech, filmowo przeniesieni do czasów Nerona. Po prawej w scenie z Poppeą, kreowaną przez pierwszą wielką gwiazdę kina włoskiego Silvanę Pampanini. Jeszcze przed Sofią Loren i Giną Lollobrigidą (fot. internet)

Nasze kino, jak każde, miało wejście i kilka wyjść. Drzwi wyjściowe były z tyłu, przy bocznej ulicy. Po seansie panie bileterki otwierały te drzwi na oścież, by wietrzyć salę. Światła na niej były już zgaszone, więc wkradaliśmy się na tę ciemną salę i kładliśmy na podłodze miedzy rzędami. Po wywietrzeniu zamykano salę, zapalano światła i wpuszczano widzów. My byliśmy pierwsi.
Niektóre filmy oglądaliśmy wielokrotnie. Do dziś pamiętam włoską komedię OK Neron!, w której dwóch pociesznych amerykańskich marynarzy stacjonujących w Rzymie podczas jego zwiedzania przenosi się  w czasie i trafia w czasy Nerona. Główną gwiazdą tego filmu była najpiękniejsza wówczas Wloszka, Silvana Pampanini. Jako Poppea, żona cesarza Nerona, kąpała się na ekranie w kozim mleku. Skąpo ubrane dziewczyny nie były jednak wówczas dla nas interesujące. W tej scenie przede wszystkim czuliśmy wyobraźnią smród mleka, którego przecież żadne przyzwoite dziecko nie lubiło. Znacznie później, blisko matury, dowiedziałem się, że film ten był parodią naszego sienkiewiczowskiego Quo vadis. Ucieszyłem się, że nie muszę już czytać tej lektury…
Kolejne pokolenia początkujących nastolatków coraz bardziej były dorodne, zadbane i lepiej ułożone. Starannie ubrane dziewczynki w fartuszkach, grzeczni chłopcy, oczywiście do pewnych, rozsądnych dla nich, granic. Na przerwach szkolnych zawsze był przecież hałas, gonitwy i… draki. Na obserwację naszych dzieci mieliśmy coraz mniej czasu. Musieliśmy utrzymać dom i pomagać wchodzić im w życie. Karmić, ubierać, pomagać w nauce, dbać o ich zdrowie i, last but not least, wychowywać. A one się zmieniały. Najpierw była zadbane, ale czasy były siermiężne. Później były już jak z igły, ale szkoła wymagała skromności w ubraniu i zachowaniach. Wreszcie surowa dyscyplina prysła, otworzyły się okna na świat i naszej dziatwa eksplodowała. Wolnością bytu.

Latafot. NAC, podlasie24.pl

Zmiany były duże, jednak jeszcze nie rewolucyjne. Dzieciaki adaptowały głównie to, co widziały w TV. Razem z nami wyrównywały lukę zacofania. Rewolucja cywilizacyjna, tak u nas jak i na całym świecie, wybuchła wskutek rewolucji technologicznej, cyfrowej. Zwłaszcza Internet, który zapewnił dwustronny i bardzo wydajny przepływ informacji głosowych, tekstowych i obrazów, również ruchomych w czasie rzeczywistym, obalił wszystkie granice.
Skorzystały z tego przede wszystkim nasze wnuki. I to głównie one na codzień „żyją w sieci”. Ich intelektualny rozwój jest fantastyczny, znacznie szybszy niż mogłaby im zapewnić rodzina czy szkoła. Przy czym wcale ich to nie psuje. Raczej uczą się szybkich reakcji, szybkiego myślenia, błyskawicznych skojarzeń. A w końcu wszechstronnego rozwoju.
W efekcie współczesne dzieciaki są daleko z przodu, nie tylko przed nami, dziadkami, ale i przed swoimi rodzicami. To niezwykłe. Wskutek łatwości poznawania świata i skuteczności przekazu internetowego już w wieku szkolnym mogą one stawać się twórcami, czego możemy im tylko zazdrościć. Nie potrafimy ich dogonić nie tylko w za szybkich dla nas grach komputerowych. Wnuki zdumiewają nas rozwojem swojej wrażliwości, wiedzy i intelektu i osobowości. Rysują, malują, fotografują i filmują smartfonami. Zachciewa im się nawet tworzyć wiersze lub muzykę i piosenki, solo i w grupach. Oto dla przykładu dzieła moich wnucząt: mama, kotek i lody Kseni oraz budowa i poezja Igora:XIgot

12-letnia Alagna z USA stworzyła natomiast kolorowy mural na wielkiej i szarej ulicznej ścianie (dodajmy dla ścisłości: z rodzinną pomocą, choć szefem i głównym designerem była właśnie ona).  Zdjęcie tego muralu przesłał mi jej dumny dziadek, mój kolega z czasów studenckich, który osiadł był w Oregonie i jest tam profesorem uniwersytetu. Mural ten robi niewiarygodne wrażenie kolorem, kompozycją i rozmachem. Brawo!

Mural

Skojarzenia z tym dziełem mam natomiast dwa. Ogrom kojarzy mi się z freskami Rafaela! A że to zostało namalowane na płocie przypomniało mi Tomka Sawyera, tyle że on malował jedynie sztachety, wysługiwał się innymi i jeszcze kazał sobie płacić! Mural jest w kraju stawiającym przede wszystkim na biznes, byłoby więc może sensowne gdyby Alagna postanowiła pobierać od przechodniów 1-go centa za każde spojrzenie na ścianę.

Wojciech Nowakowski Wikipedia
refleksyczasu@aol.com
Tel. +48 690657821/