Jola i Tadeusz. Woźniaki

W końcu trudnego okresu lat 80-tych ubiegłego wieku, przy szalejącej inflacji trudno było nam utrzymać dom z dwojgiem małych dzieci. Zarobki żony, redaktora wydawnictw technicznych i moje, pracownika naukowego nie były wystarczające. Gdy ogłoszono więc tzw. ustawę Wilczka o przedsiębiorczości postanowiliśmy zarejestrować rodzinną spółkę w raczkującej wówczas dziedzinie komputerowego opracowywania wydawnictw. Oprogramowanie typu desktop publishing nie było już wtedy nam obce. Powołaliśmy pierwszą w kraju prywatną firmę cyfrowego przygotowania wydawnictw do druku. Nie mając konkurencji już po kilku latach mieliśmy kilkuset stałych klientów.
Pracowaliśmy wspólnie z zaprzyjaźnionymi grafikami EiJ (patrz wpis poprzedni) tworząc cyfrowe wersje ich projektów, często związanych z kulturą. Przy okazji pracy nad jednym z folderów rozmawialiśmy wydarzeniach kulturalnych w nowej rzeczywistości. Wtedy EiJ zaproponowali nam wspólne pójście na kolejny wieczór Zebrania Założycielskiego Joli i Tadeusza Woźniaków w warszawskim Staromiejskim Domu Kultury.

Pierwsze
Jolanta Majchrzak-Woźniak i Tadeusz Woźniak (fot. Piotr Kłosek, tadeuszwozniak.pl)

Zebrania te były comiesięcznymi, niebiletowanymi spotkaniami artystycznymi otwartymi dla wszystkich chętnych, a w praktyce wobec braku reklamy, znajomych Woźniaków, znajomych tych znajomych i znajomych tych dalszych znajomych. Występowali zaś zaproszeni przez Woźniaków goście, zarówno mistrzowie polskich scen estradowych, dramatycznych i koncertowych, jak i uzdolniona, a nieznana szerzej młodzież artystycznego świata. Z pewną rezerwą, z grzeczności dla zaproszonych artystów, śpiewali i grali również Jola i Tadeusz, a z nimi zdolna progenitura: Piotrek i Mariusz (po latach do nich dołączył najmłodszy Filip). Całość prowadził z wyczuciem i swadą sam Tadeusz.
Była też i druga sala, naprzeciwko scenicznej. Pusta, bo zabrano z niej wszystkie krzesła, ale stała tu beczka z darmowym piwem. Woźniaki zapewnili ten luksus umową promocyjną z browarem. Można było to piwo do woli sączyć, ale raczej nie podczas spektaklu, choć i to się zdarzało. Przed, w przerwach i po występie sala piwna była pełna. Ludzie się tu poznawali, dyskutowali i komentowali występy. W jednym z wywiadów prasowych Tadeusz Woźniak mówił:
Trudno właściwie powiedzieć czym nasze spotkania są, łatwiej powiedzieć czym nie są. Nie są kabaretem – nie ma u nas girls i kankana, nie mają też nic wspólnego z polityką, bo zbyt wiele jest jej naokoło. Przychodzą tu osoby o różnych sympatiach politycznych i wszyscy się tu dobrze czują. Przychodzą aktorzy, muzycy, dziennikarze. Nasi przyjaciele i przyjaciele naszych gości. Wyszukujemy artystów mniej znanych, wartych pokazania, a także ludzi bardzo sławnych, którzy występują w repertuarze zupełnie dla siebie nietypowym. Gdy zaczynaliśmy nasze spotkania, po każdym z nich była w nas chęć zobaczenia się znowu – w tym samym gronie, miejscu, w tej samej atmosferze. I tak niechcący założyłem Stowarzyszenie Ludzi Nie Chcących Niczego Zakładać… Nazwałem je Zebranie Założycielskie.
Pierwsze moje Zebranie Założycielskie na które zaprosili nas EiJ było dla mnie wielkim przeżyciem. Do 50-ki prawie pochłaniała mnie praca zawodowa i kolejne burze rodzinne. Rozwody, śluby, trudna walka o stabilizację. Nie do wiary, ale Tadeusza Woźniaka i jego żony Joli nie znałem, ba, nie wiedziałem nawet o ich istnieniu. W Staromiejskim Domu Kultury zobaczyłem ich po raz pierwszy. Ja już po, a on tuż przed pięćdziesiątką. Mówił pięknie i śpiewał fascynującym głosem niepowtarzalnej barwy, jakby nieco metalicznej. Jola, starannie wykształcona muzycznie i głosowo, zaśpiewała kilka piosenek męża tak, że można było się zasłuchać i… trwać. Inni, zaproszeni artyści w tej atmosferze również potrafili oczarować słuchaczy swoimi występami. To był jakiś niesamowity wieczór.
Staliśmy się stałymi gośćmi Zebrań Założycielskich. Okazało się, że wszystkie następne był równie fascynujące, choć zawsze inne. Niezwykła atmosfera, mała ciasna salka i bliskość artystów. Przed, w trakcie i po występie byli oni w zasięgu ręki! Siedziałem w pierwszym rzędzie widzów, metr od klawiatury fortepianu, na którym Waldemar Malicki brawurowo grał Koncert Warszawski Richarda Addinsella, a, na przykład, Andrzej Poniedzielski czarował swoją poezją i piosenkami. Z wieloma artystami kontakty te przechodziły w krótsze lub dłuższe znajomości osobiste, utrwalone zresztą kolejnymi spotkaniami na ich koncertach estradowych.

Plyty
Ważne dla mnie płyty z muzyką Tadeusza Woźniaka

Tadeusz Woźniak jest niezwykle płodnym artystą. Piosenki to tylko najbardziej popularna część jego twórczości. Mniej znana jest na przykład muzyka która pisał dla teatru. Jego Mistrz i Małgorzata jest arcydziełem. Również jego ścieżka dźwiękowa Lata Muminków urzeka. Słuchaliśmy tej muzyki razem z naszymi kilkuletnimi dzieciakami! Wspaniałym dziełem obojga Woźniaków jest także płyta Do odlotu z subtelnym i niezwykle ujmującym śpiewem Joli, muzyką Tadeusza. Mam ją i nadal słucham. Jest tam urzekający utwór Wiem, żyłam tylko snem ze spektaklu Czterech muszkieterów w świecie komputerów Teatru Polskiego w Bydgoszczy z tekstem Andrzeja Poniedzielskiego. Utwór ten znany jest w różnych wykonaniach, Na tej płycie Jola śpiewa go w duecie z mężem. Mało znana jest natomiast znakomita, a moja ulubiona wersja tej piosenki śpiewanej przez Jolę w duecie z Wojciechem Malajkatem.
Większość tekstów do kompozycji Tadeusza Woźniaka napisał Bogdan Chorążuk. To bardzo płodny poeta, uważany kiedyś w tzw. „wyższych”, a raczej wywyższających się sferach inteligenckich za poetę-grafomana. Jednym z najbardziej krytykowanych wówczas jego tekstów był słynny metaforyczny Zegarmistrz światła:

A kiedy przyjdzie także po mnie/ zegarmistrz światła purpurowy/
by mi zabełtać błękit w głowie/ to będę jasny i gotowy.
Spłyną przeze mnie dni na przestrzał/  zgasną podłogi i powietrza/
na wszystko jeszcze raz popatrzę/ i pójdę nie wiem gdzie – na zawsze…

OpoleFotAlicjaGorkaPl
Tadeusz Woźniak & Alibabki – Zegarmistrz światła (TVP Opole 1972). Bogdan Chorążuk (fot. alicjagorka.pl)

Dopiero po latach tekst ten uznano za dzieło, choć ja Bogdana Chorążuka zawsze ceniłem. Jego teksty robiły na mnie wrażenie. Jest to człowiek wielki, choć niewielki. Urodził się na Wołyniu. Po repatriacji był felczerem i ceramikiem, by ostatecznie, w 1969 roku ukończyć studia filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim. Poeta – debiut już w 1962, od 1967 roku w ZLP! Autor książek poetyckich, sztuk teatralnych, opowieści dla dzieci (Lato muminków), oraz tekstów wielu piosenek, a także znakomity gawędziarz. Maluje też obrazy, które są w galeriach. Wspaniały facet! Warto przeczytać wywiad, którego Chorążuk udzielił w swoje 75 urodziny. Oto fragment:
Ta piosenka podzieliła naród. Na przykład Edwardowi Stachurze, którego znałem, „Zegarmistrz światła” się nie podobał i z przekąsem o nim nawet napisał, zdaje się w swoim dzienniku. Ale ta piosenka nie tylko Stachurze się nie podobała. Dokonano na mnie napaści, nagonki w prasie. Pisano, że tekst jest wydumany, niezrozumiały, a słowa „zabełtać w głowie” kojarzyły się niektórym dziennikarzom z bełtem, czyli z tanim winem, nazywanym także alpaga. Oliwy do ognia dolała telewizja. Specjalnie nakręcono otwartą debatę w studio na temat tej piosenki. Najśmieszniejsze było to, że ta debata odbyła się po wielkim sukcesie piosenki, która wygrała Opole. To całe zamieszanie podbiło tylko sukces „Zegarmistrza światła”, który stał się wielkim przebojem. A debata telewizyjna była niepotrzebna, niezasłużona jak na tekst piosenki. Gdybym napisał Platona na nowo, to owszem, a tutaj raptem osiem zdań, osiem wersów tekstu i takie zamieszanie…
Natknęliśmy się na siebie kiedyś na rogu Chmielnej i Nowego Światu, Pozdrowiłem go serdecznie i wspomniałem o Zebraniach Założycielskich Woźniaka. On mnie chyba nie bardzo pamiętał, ale nie tracąc czasu zapytał z uśmiechem – a może potrzebuje Pan jakiś tekścik? 

Wojciech Nowakowski Wikipedia
refleksyczasu@aol.com
Tel. +48 690657821