Lusławice. Małgosia V., 1960

Wspomniałem wcześniej, że jeszcze w szkole zapisałem się do do ZSP, czyli Zrzeszenia Studentów Polskich. Członkostwo w tej studenckiej organizacji, wówczas samorządowej i niepolitycznej otrzymałem już na rok przed maturą. Przysłużyli mi się wtedy koledzy z mojej grupy towarzyskiej, a zwłaszcza Małgosia V. Żywe srebro, dynamit, nawet kompletnie zwariowana, a jednocześnie delikatna i zwiewna dziewczyna – nasza nieformalna przywódczyni. Pewnie wszyscy by się w niej kochali gdyby nie to, że w owych czasach 18-latkowie używali życia „dookólnie” przyglądając się nie sobie, ale na nowo wszystkiemu co nas otaczało. Niedawno skończył się przecież stalinowski reżim polityczny i dopiero uczyliśmy się oddychać swobodą i wolnością. Być z grupą, a nie indywidualnie z kimś – to był wtedy młodzieżowy sposób na życie, zwłaszcza na przełomie dorosłości.
Ta właśnie Małgosia, późną wiosną 1960 roku, na którymś z naszych spotkań grupowych, podczas wzajemnego użalania się, że już wkrótce wakacje i się rozjedziemy, rzuciła:
– To przyjedźcie do mnie, do Lusławic. Będę tam na wakacjach, u babci.
– A gdzie to?
– Koło Zakliczyna, nad Dunajcem.
No to hej. Wkrótce, chyba w połowie lipca, ruszyliśmy. Osobno, nie grupą, autostopem lub jak się dało. Pamiętam, że ja dojechałem czterema ciężarówkami (na skrzyni oczywiście) do miejscowości Gromnik, skąd pieszo ruszyłem do odległych o 12 km Lusławic. Jak każdy autostopowicz – brudny, zdrożony i zakurzony, z małym plecakiem owiniętym zrolowanym kocem. U celu zobaczyłem mniej więcej to, co na poniższym fragmencie obrazu Rafała Malczewskiego, który wraz z ojcem Jackiem często malował w Lusławicach. Nigdy wcześniej nie widziałem polskiego dworku, nie widziałem jeszcze nawet żadnej polskiej wsi. Znałem jedynie Warszawę i osiedla podwarszawskie.

Luslawice1
Widok parku i dworu w Lusławicach. Rafał Malczewski (s. Jacka) (1922).
Ciekawa historia Lusławic jest w internecie.

Wydaje mi się, że Pani na Dworze, czyli babcia Małgosi nie była uprzedzona o naszej wizycie. Na widok stale powiększającej się grupy brudnych łazęgów zachowywała się jednak jak gospodyni z klasą i bohatersko jednocześnie, wskazując łazienkę oraz pokój do rozłożenia naszych koców i plecaków. Było to dla niej niewątpliwie przeżycie trudne, jako że w domu gościła właśnie wielu szacownych gości wakacyjnych, starszych państwa, zasłużonych intelektualistów z Krakowa. Od razu zostaliśmy też wszyscy zaproszeni na uroczysty obiad w dniu następnym.
Ten obiad był niewątpliwie punktem kulminacyjnym naszego pobytu w lusławickim dworze. Ujrzałem długi, obficie nakryty stół, przy którym siedziało już kilkoro starszych, nobliwych gości. Przy drugim końcu stołu były miejsca dla nas, młodzieży. Byliśmy jak sparaliżowani, z wyjątkiem oczywiście naszej Małgosi, do której chyba jeszcze nie dotarło, co narobiła. Pani domu, czyli Babcia Małgosi, również stała jeszcze przy ścianie, czekając pewnie z niepokojem co się wydarzy.
Usiedliśmy i znieruchomieliśmy. Nikt z nas, w zasadzie powojennych dzieci, nie wiedział co dalej robić. Co brać, w jakiej kolejności, jak nakładać na talerz i.. jak jeść, co i kiedy pić. Przy stole, całym stole, niewątpliwie panowało napięcie. Postanowiliśmy więc naśladować ruchy starszych szacownych gości. Brać to co oni i w taki sam sposób. Podobnie zwracać się też do siebie, z gracją i szacunkiem. Nie było to zamierzone, ale wyglądało jak przedrzeźnianie starszych. Widziałem przerażenie w oczach naszej gospodyni.
I nagle balon pękł. Starsi Państwo wybuchnęli śmiechem, a mogli przecież czuć się dotknięci! Zaczęli nas traktować z serdecznością i pobłażliwością. Młodzieży – bierzcie co chcecie i jak chcecie. Czujcie się normalnie, my też kiedyś bywaliśmy w takich opałach… Pani Domu również wróciła do siebie.
Byliśmy jeszcze jeden czy dwa dni w Lusławicach, Jedliśmy jak kto chciał i co chciał, w kuchni lub naszej kwaterze, chodziliśmy po okolicy, głównie nad Dunajcem, a wieczory spędzaliśmy na rozmowach i dyskusjach o arianach przy grobowcu Socyna. Nigdy potem nie widziałem już Małgosi V., naszej serdecznej, ale chyba jednak trochę wariackiej gospodyni, ani jej ukochanej Babci.
W 1975 roku dobra w Lusławicach kupił, a potem znacznie rozszerzył i rozbudował nasz wielki kompozytor i dyrygent Krzysztof Penderecki. Wraz z małżonką Elżbietą nie tylko doprowadził go ponownie do świetności, ale nawet w pobliżu wybudował całe wielkie centrum koncertowe i dom pracy twórczej dla młodych muzyków.

Luslawice2
Lusławice. Po lewej: Mauzoleum Fausta Socyna. Fotografia Tadeusza Przypkowskiego z czasów mojej bytności w Lusławicach. Po prawej: Dwór w Lusławicach teraz. To zacisze domowe Elżbiety i Krzysztofa Pendereckich. Fot. RobertR, malopolskie.fotopolska.eu

Po napisaniu tego wspomnienia znalazłem z trudem, przez wspólnych kolegów kontakt do Małgosi. Ma się świetnie, choć minęły lata. Jest przewodnikiem turystycznym i chodzi po górach. Ale nijak nie mogła sobie przypomnieć naszej masowej wizyty u babci!

 9 grudnia 2018 roku

Wojciech Nowakowski Wikipedia
refleksyczasu@aol.com
Tel. +48 690657821