Poniedzielski

Od początku dorosłości, nawet jeszcze przed maturą, ale też gdy byłem już studentem, większość wolnego i niewolnego czasu poświęcałem kulturze. Potem, w czasie pracy inżynierskiej i naukowej zapadła kulturalna noc. Siedziało się od rana do rana przy oscyloskopie i drutach. W latach 90-tych ubiegłego wieku okazało się, że to, nad czym tyle się pracowało twórczo, już było zrobione we świecie. Pracy więc ubyło, od czasu do czasu pisałem jakieś publikacje, zwykle  dotyczące rozwijającej się informatycznej burzy z piorunami.
Mniej pracy, to jednak mniej pieniędzy. Było więc biedniej. Ale znów był czas na  teatr, kabaret literacki i estradę. Na dodatek wszystko to, o dziwo, było świeże, atrakcyjne i… niedrogie.
W styczniu 1997 roku, w Piwnicy pod Harendą wystartowała Kabaretowa Scena Trójki Artura Andrusa promieniującego zawsze witalną energią. Na tej malutkiej, piwnicznej scence po raz pierwszy zobaczyłem i usłyszałem nie znanego mi wówczas Andrzeja Poniedzielskiego (AP). Smutnego satyryka-wokalistę, którego wzrok był zawsze wbity w deski sceny, w okolicę jego własnych butów. Zaśpiewał jedną piosenkę i… znikł. Ale zrobił wrażenie. Kto to był? W tym czasie ceniłem niezwykle i nadzwyczajnie – Jeremiego Przyborę, Agnieszkę  Osiecką i Wojtka Młynarskiego. Sądziłem, że to już ostatnie moje pierwszej wagi fascynacje i widzę światła odjeżdżającego pociągu. A tu nagle słyszę i widzę jeszcze kogoś, zupełnie mi nieznanego, który Słowem włada mistrzowsko!
Wkrótce miałem okazję posłuchać go znowu i bezpośrednio, u Woźniaka, a po występie nawet porozmawiać z Artystą osobiście. Pierwsze wrażenie miałem takie, że on sam się dziwi, że mu tak wychodzi…

PoniedzielskiPortrety

Skutek był taki, że ja wraz z Oną, pamiętającą tego artystę jeszcze z akademikowych głośniczków, przesiedliśmy się na Poniedzielskiego totalnie. Bez uprzedzenia jeździliśmy po całym kraju na jego występy znalezione w internecie. Bywało, że i dwa razy w tygodniu. Wyjazd po obiedzie, powrót po północy, żaden to w końcu problem. Warszawa, Łódź, Lidzbark Warmiński, Kraków, Kielce i wiele innych miejsc w Polsce, nawet Szczecin (tu już z hotelem).
Kiedyś w Ełku, idąc deptakiem miejskim przed spodziewanym występem AP – to był jedyny cel naszego przyjazdu – spotkaliśmy się face to face z drugim Andrzejem P czyli Pawlukiewiczem, jego akompaniatorem. Zobaczył nas i zagadnął – Państwo tu na wczasach? Na to ja: – Nie, tylko na Wasz występ, i zaraz po nim wracamy do Warszawy. – A co na to lekarz? szczerze wypalił pianista. A sam mistrz tuż przed występem zobaczył nas i zapytał jak zwykle – znowu?
W końcu roku 2006 mieliśmy już wszystko wysłuchane i obejrzane trzykrotnie, albo i więcej. Również w mateczniku, czyli w Łódzkiej Piwnicy Artystycznej – Przechowalni. Byliśmy wtedy już trochę znajomymi. Ten nasz układ AP–WN (WN to ja) był prosty, a przez to trwały, typu Holmes i Watson odpowiednio.
W tym czasie właśnie AP wpadł do nas na kawę po drodze do swego suwalskiego azylu. Trochę plotkowaliśmy o premierach. AP miał znakomity humor, bowiem dopiero co, właściwie w ostatnim już czasie umożliwiającym zrobienie przedstawienia, wpadł na pomysł zamówionej znacznie wcześniej inscenizacji piosenek Starszych Panów dla szczecińskiego Teatru Polskiego. Opowiadał nam o swoich pomysłach, jakichś dziwnych postaciach scenicznych. Hrabina Hrr, Ów-Uffny, Ów-Nieuffny, Katia Strofa… Nic z tego nie rozumiałem, jak to Watson. Po pół roku, na premierze Stacyjki Zdrój już rozumiałem. Nawiasem mówiąc, dyrektor Adam Opatowicz, Szef Teatru Polskiego w Szczecinie czekał do ostatniej chwili na teksty Poniedzielskiego i w końcu nerwowo, ale się doczekał. Podobno tak było z AP za każdym razem.

Stacyjka
Premiera Stacyjki Zdrój w szczecińskim Teatrze Polskim. Po lewej Poeta Smutku P.S. z Hrabiną Hrr. Po prawej Katia Strofa z Kwartetem im. Czastuszkiewicza, 31 marca 2007 roku. Fot. radioszczecin.pl, grudziadz.pl

Rok później AP zrobił Stacyjkę w Warszawie, w teatrze Ateneum. Najpierw jednak tu, na małej scenie, zrobił pilną premierę Albumu rodzinnego Jana Kaczmarka by uhonorować ciężko już chorego Janka z Elity. Zdążył. Z kolei w 2009 roku spektakl o Janie Kaczmarku został wystawiony w nieco innej inscenizacji w  Szczecinie, pt. Śpiewnik Domowy Jana Kaczmarka. Oba te spektakle reżyserował Adam Opatowicz.
Z Ateneum szczególnie cenię i lubię Songi ze spektaklu Namiętności, opartego na opowiadaniach Isaaka Singera, w reżyserii Izabelli Cywińskiej. W spektaklu tym były cztery śpiewane utwory stwarzające charakterystyczną atmosferę miejsc i czasów Singera. Do muzyki Jerzego Satanowskiego teksty napisał Andrzej Poniedzielski, podobno w ciągu 24 godzin.  Ich magiczne dla mnie słowa świetnie charakteryzują całą twórczość AP. Od lekkiej anegdoty do tak zwanej duszy.

JakToBógMOjczeKrawczeMCoMnieMartwiMOMiloscM
Songi z Namiętności Teatru Ateneum

Dzieło AP jest wielkie i różnorodne. Kilkaset utworów poetyckich i estradowych, w tym wiele piosenek pisanych dla siebie i innych wykonawców. Także wiele niespotykanych zwrotów słownych, które weszły już do języka potocznego. Niezwykły talent konferansjerski, prezentowany z naturalnym wielkim szacunkiem do sceny i artystów, choćby w zapowiedziach. Legendarna na przykład jest niema zapowiedź AP. Wyszedł, stanął przy mikrofonie, zagrał ciszą i… wrócił. Ludzie wiedzieli, że nie był to brak pamięci, a okazanie szacunku. Poniedzielski był też w recenzjach porównywany do legendarnego Fryderyka Jarossy’ego, jednak z właściwym wskazaniem.

Nastały trudne dla kultury czasy. Premiery wieloobsadowe były coraz rzadsze. Teatr stawał się nieduży, choć często wielki.  Z reguły dawano premiery z dwójką aktorów lub monodramy. To było przecież mobilne i mniej kosztowne.
AP te skromne jednoosobowe, co najwyżej dwuosobowe inscenizacje lubił wyjątkowo. Głównie dlatego, że był on przede wszystkim autorem, poetą, tekściarzem, przy okazji reżyserem, piosenkarzem, konferansjerem i gawędziarzem intelektualnym. Aktorem oczywiście też, ale nietypowym, bo w zasadzie prezentującym własną twórczość. A była ona obfita, od rasowej poezji sięgającej duszy (którą to poezję nazywał jednak użytkową), po mnóstwo dłuższych i krótszych tekstów niebywałych, jak ja je na swój użytek nazwałem. Prezentował też wiersze esencjonalne, które tworzył poniechując słowa. Bez przerwy tworzy i występuje tyle, że na razie przeszkadza mu CVirus.

Andrzej Poniedzielski prywatnie jest zawsze taki sam. Kolega. Skromny, nieśmiały, wyważony, szanujący widzów i słuchaczy. Może nieco bardziej niż podczas występów – uśmiechnięty. I tyle.

PozaScenaNa górze. Na spotkaniach z widzami po występie.
W dolnym rzędzie. W przerwach pracy scenicznej ujarzmia wszelkie maszyny samobieżne. To jego przymus psychologiczny od dziecka, męska potrzeba sprawowania władzy. Ale nie nad kimś. Fot. archiwum własne

Linki:
https://poniedzielski.pl
http://www.poniedzielski.art.pl
https://pl-pl.facebook.com/SzumiCzas

Wojciech Nowakowski Wikipedia
refleksyczasu@aol.com
Tel. +48 690657821/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s