Rajdy i obozy

Lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku były złotymi latami turystyki studenckiej. W początkowych latach pięćdziesiątych turystyka była właściwie możliwa jedynie w postaci grupowych wycieczek pod kontrolą jakiegoś „opiekuna”, sprawdzonego przez właściwy resort. Po „odwilży” październikowej 1956 roku władze były mocno zdezorientowane, czy swobodna turystyka nie zagraża systemowi, ale zostały zaskoczone akcją Autostop popularnego tygodnika Dookoła Świata. To był wyłom. Na uczelniach powstawały zaś liczne inicjatywy zlotów, zjazdów rajdów i kajakowych spływów studenckich.
W roku 1962 rodziło się już wiele studenckich imprez turystycznych, organizacyjnie wspieranych przez Zrzeszenie Studentów Polskich. Po paru latach we wszystkich tygodniach roku akademickiego oferowano różne imprezy turystyczne (od wycieczek po zloty i rajdy piesze), a w wakacje wiele obozów pieszych, górskich i wodniackich. Udział w tych krótkich imprezach był darmowy, wymagał jedynie kupna biletu PKP lub PKS. Te dłuższe wakacyjne także nie rujnowały – całkowity koszt dwutygodniowego obozu wędrownego nie przekraczał połowy stypendium. Studenci o niskich dochodach rodzinnych mogli ponadto starać się o dofinansowanie z ZSP.

Rajdy1
Grupa Elektroniki na jednym z pierwszych rajdów po wyjściu z kolejki elektrycznej. Po jedna z drużyn na Rajdzie Świętokrzyskim. W czerwonym kółeczku Krzyś Sobków

Do turystyki zapalał nas, nieżyjący już kolega, Krzysztof Sobków. Od początku studiów wymyślał piesze podwarszawskie wycieczki niedzielne, potem rajdy i złazy i wielkie, masowe imprezy turystyczne. Organizował nas, fundusze i całe imprezy. Najpierw na Elektronice, potem na całej Uczelni. Pamiętam, że w którąś z sobót październikowych przed kolejną jesienną niedzielną wycieczką zaprowadził mnie pod olbrzymiego platana na tyłach Gmachu Głównego Politechniki i wskazując leżące na ziemi jego opadłe liście powiedział:
– słuchaj, jutro na tej wycieczce będą zapewne rozmaite konkursy, w tym, jak zwykle, na największy znaleziony liść. Jak przyniesiesz jeden z leżących tu liści, to Elektronika wygra ten konkurs…
Tak było. Mój liść rzeczywiście był największy i prawdziwy, tyle, że znaleziony w środku Warszawy, a nie na rajdzie. Było to małym, ale jednak oszustwem. ‪Wygraliśmy także konkurs na „dziwy leśne”. Kolega z naszej drużyny turystycznej zespołu wszedł po prostu na uroczystość zakończenia rajdu z naszą ładną koleżanką na plecach i oświadczył, że przedstawia komisji konkursowej znalezioną dziwę leśną.
Chyba pierwszym pełnowymiarową imprezą turystyczną Elektroniki były Rajdy do Czerska, byłego zamku Królowej Bony, zupełnie już zniszczonego przez czas. Zamek w Czersku wybudowano w epoce Jagiellonów, jako pomocniczą warownię obronną przy drodze wodnej Kraków–Warszawa. Był to zamek niewielki, ale znaczący. Jego budowę rozpoczęto przypuszczalnie około 1380 roku jeszcze z inicjatywy księcia Janusza I. Zakończenie prac budowlanych nastąpiło w pierwszej dekadzie XV stulecia. Wkrótce jednak Wisła, płynąca dotąd u podnóża zamku, zmieniła koryto i przesunęła swój nurt o kilka kilometrów na wschód. Zamek stracił więc znaczenie i podupadł. Współcześnie zachował się jedynie fragment murów z bramą, a także niewielki ceglany most wjazdowy. Dziedziniec wewnętrzny stał się natomiast bezpańskim miejscem eksploracji i grabieży.
W pierwszej połowie XX wieku nadeszły jednak dla Góry Kalwarii dobre czasy, . Grupa warszawskich przedsiębiorców postanowiła zainwestować w kolejkę wąskotorową do Baniochy, gdzie wypalano dobrej jakości  cegły. Z kolei warszawskim Żydom zależało na wygodnej komunikacji z Górą Kalwarią, gdzie pielgrzymowano do znanego w całej Europie świątobliwego cadyka Altera Magieta. Szybko powstała więc boczna odnoga grójeckiej kolei wąskotorowej (Warszawa–Piaseczno–Warka–Grójec) łącząca Piaseczno z Górą Kalwarią. Tory tej kolejki rozebrano dopiero w roku 1971.

Rajdy2
Kolejka wąskotorowa, czyli ciuchcia, do Góry Kalwarii. Dziś nie istnieje (fot. nn)

W latach kiedy studiowałem (1961-67) ciuchcia do Góry Kalwarii była rzeczywistością. To stało się podstawą pomysłu Rajdu Elektroniki. Niedzielna zbiórka, wspólna podróż ciuchcią z Dworca Południowego do Góry Kalwarii, przemarsz hałastry prawie 4 kilometry do Czerska i zalegnięcie na dziedzińcu Zamku przy wielkim ognisku. Po tańcach, śpiewach i konkursach ogniskowych, a także pieczeniu kiełbasek i popijaniu czym się dało, powrót do kolejki przez całe miasto. Już o zmierzchu, z zapalonymi pochodniami. Ze śpiewem na ustach, jak to się wtedy mówiło. Śpiewaliśmy frywolne i rozrywkowe piosenki jak np. Jedna baba drugiej babie wsadziła do dupy grabie. a Chachary żyją…, ale i powstańcze. Wracaliśmy już prawie w nocy.

Rajdy3
Ruiny Zamku w Czersku (zdjęcie współczesne, fot. http://www.polskazdrona.pl). Po prawej: nasz zespół turystyczny na szlaku jednego z pierwszych Rajdów Świętokrzyskich PW (fot. nn)

Rajdy Świętokrzyskie PW z kolei to była wielka, coroczna uczelniana impreza. Jej celem była integracja studentów wszystkich wydziałów, a zwłaszcza „żółtodziobów” z pierwszego rocznika. Było tych Rajdów ponad dziesięć w kolejnych latach, a ich popularność stale rosła. Pamiętam że Rada Uczelniana ZSP wynajmowała dla tego rajdu specjalny pociąg PKP, który składał się ze starych, mocno wyeksploatowanych wagonów i parowozu-staruszka. Pociąg ten, z ciżbą studentów, całą noc z piątku na sobotę jechał z Warszawy do Zagnańska gdzie kończył bieg. Do Warszawy wracał w niedzielę wieczorem. W szczytowym okresie woził na rajd około 1500 studentów, tam i z powrotem.

Rajdy4
Dąb Bartek, pod którym spotykali się wszyscy uczestnicy Rajdów Świętokrzyskich Politechniki Warszawskiej (fot.zagnansk.pl). Bartek to dąb szypułkowy, którego pień ma w obwodzie przy ziemi 13,4 m, a na wysokości 1,3 m – 9,85 m. Żyje już podobno ponad 1200 lat (ostatnio podaje się, że „tylko” 654 lata)  i ma 30 m wysokości. Po prawej mapka „zasięgu” naszych Rajdów

Zagnańsk był ważny, bo był tam, pod Bartkiem, punkt końcowy wszystkich naszych szlaków turystycznych. A było ich wiele. Niektóre zaczynały się w Ostojowie, inne w Łącznej (to kolejne przystanki na trasie pociągu) i ostatecznie w Zagnańsku. Kilkuosobowe zespoły z namiotami i plecakami rozłaziły się po prawie wszystkich pasmach Gór Świętokrzyskich: Klonowskim, Masłowskim, Jeleniowskim i oczywiście po Łysogórach ze Świętą Katarzyną i Świętym Krzyżem na Łysicy z jej piargowymi zboczami.

Rajdy5
Klasztor i wieża telewizyjna na Świętym Krzyżu (fot. z drona Robert Felczak). Po prawej piargowe zbocze Łysicy (fot.nn).

Turystykę uprawialiśmy nie tylko w centralnym regionie Polski. Chętnie chodziliśmy w Bieszczady i po pogórzach karpackim i sudeckim. Często wystarczał jeden telefon (lub kartka pocztowa) i się jeździło. Na przykład na zaproszenie dziewczyn z Wyższej Szkoły Ekonomicznej we Wrocławiu w Góry Kaczawskie jechało się w kilku tak: w piątek nocnym pociągiem do Wrocławia, tam na dworcu mycie i golenie u fryzjera (przecież jechaliśmy do pań!), wyjazd autokarem z grupą WSE w teren, przejście szlaku, potem nocne ognisko do rana, następny dzień na szlaku, powrót autokarem do Wrocławia i nocnym pociągiem do Warszawy. Rano byliśmy już na wykładach. To było życie!
Na długie i męczące etapy mieliśmy swój sposób: jak grupa szła po szlaku do góry, by za chwilę również po szlaku zejść na dół, ja z moim serdecznym i nierozłącznym kolegą, nieżyjącym już niestety Jankiem Boberem, szliśmy szybciej dołem, szosą naokoło góry. U jej podnóża czekaliśmy już przy piwie na grupę schodzącą ze szlaku. Janek mówił koleżankom: po co pchać się tam na górę, jest ona taka sama jak wszystkie inne!

16 ‎grudnia ‎2018 roku

Wojciech Nowakowski Wikipedia
refleksyczasu@aol.com
Tel. +48 690657821