Wodą bliżej

Zwiedzanie pływaniem wszelkim to pomysł, który wbiła mi do głowy żona. Stosunkowo późno, bo w latach tzw. trzeciej młodości. Uświadomiła mi po prostu, że jest to rodzaj wypoczynku, zapewniający najwyższy możliwy komfort poznawania świata i natury bez potrzeby chodzenia z góry, czy pod górę, na dodatek bez wykorzystywana osobistych mechanicznych środków lokomocji. Przedtem oczywiście pływałem turystycznie (kajakami i żeglówkami) ale nie zdawałem sobie sprawy dlaczego akurat wykorzystywanie wód „powierzchniowych” jest takie atrakcyjne. Bo są płaskie po prostu! A mimo to zapewniają widoki nizinne, górskie i nieskończone.
Na studiach uczestniczyłem w wielu organizowanych przez ZSP spływach kajakowych. Głównie na pojezierzach Mazurskim oraz Augustowskim. Nie tylko po jeziorach, ale też kanałami i rzekami, zwłaszcza mazurskimi i mazowieckimi. Spływy takie były zwykle dwutygodniowe i kosztowały niewiele (ok. 300 zł, co akurat wtedy miało ta samą wartość co 300 zł teraz). W tej cenie był sprzęt i wyżywienie, nie było zaś oczywiście kosztów dojazdu. Jedna spływowa grupa liczyła zwykle 20–25 osób czyli 10–12 kajaków dwuosobowych i jeden główny, kierownika, z którym w kajaku na miejscu przednim płynął wielki kocioł do gotowania. Podczas rejsu była w nim nieco osłodzona kawa zbożowa, jako napój dyżurny. Każdy z nas, gdy męczyło go pragnienie, mógł podpłynąć do gara i zaczerpnąć z niego kubek tego boskiego wówczas płynu, a gdy był głodny mógł nawet dostać kawał chleba z dżemem. Kawę tę gotowaliśmy zawsze po śniadaniu, przed wypłynięciem na szlak.

Woda1
Sucha Rzeczka (Poj. Augustowskie) przed jazem na jezioro Serwy. Szykujemy się do przeniesienia kajaków. Problemy na rzeczce Bliźnie jeszcze przed nami. Trzeci z lewej to ja. (fot. nn)

Najbardziej upierdliwe było przenoszenie kajaka na śluzach lub jazach. Wiele kłopotów sprawiały też rzeczki, w których leżały liczne, złamane i zatopione drzewa. Najsłynniejsza z nich to Blizna, na której środkowym biegu przynajmniej 2 kajaki na 10 wpadały na niewidoczne w wodzie kikuty gałęzi zatopionych pni. Zaostrzone resztki konarów przebijały dno sklejkowego kajaka jak widelec masło. Naprawa nie była skomplikowana, ale mało przyjemna. Sąsiednie kajaki przejmowały bagaż z „trafionego”, jego załoga stawała w wodzie po pas, odwracała kajak dnem do góry, uruchamiała na tym dnie spirytusowy palnik, na którym rozgrzewała starą puszkę z lepikiem (smołą po prostu) i przylepiała nim przygotowaną na taki wypadek łatkę ze sklejki. Uprzednio trzeba było wysuszyć okolice dziury np. kawałkiem swojej koszuli. Następnie, po odwróceniu „trafionego” kajaka, wybraniu z niego wody i zapakowaniu swoich rzeczy cały spływ ruszał dalej. Na jeziorach było głęboko, ale i wietrznie. Już półmetrowa fala groziła wywrotką. Jednak przeżyć ze spływu i widoków z kajaka nie zastąpi żadna inna przygoda wodniacka.
Potem, w zasadzie już w okresie pracy na uczelni, pływałem często pod żaglami. W socjalizmie był to sport tani i dostępny wszystkim. Łódki, nieśmiertelne 5-osobowe, do dziś cenione omegi klubowe, były stare, połatane, ale dzielne. Spało się na nich w kokpicie, pod brezentowym dachem z pałatek przewieszonych na bomie.

Woda2
Naprawa kajaka na wodzie. Ciasno w porównaniu z jeziorami.  (fot. wikipedia)

Wadą pływania na żaglach był brak możliwości penetrowania wód płytkich i zarośniętych trzciną. Ale wielką zaletą było to, ze nie trzeba było wiosłować. Oczywiście jak wiało. Na wszystkich spływach i rejsach największą zaś atrakcja były zawsze wieczory przy ognisku z obiadokolacją, winkiem (zwykle patykiem pisanym) i obozowym śpiewaniem.
Na szlaku Blizny, małej augustowskiej rzeczki płynącej przez mokradła, bagna i w nich rosnące rzadkie lasy nie było możliwości wyjścia na brzeg. A w korycie Blizny jest mnóstwo zwalonych pni z kikutami złamanych gałęzi, ostrych jak kołki. Wpłyniecie sklejkowego kajaka na taką przeszkodę kończyło się dziurą. Następowała więc ewakuacja pechowych kajakarzy do wody, rozładowanie ich kajaka do dwóch innych oraz naprawa. Naprawa ta polegała na odwróceniu dziurawego kajaka przez jego załogę stojąca po pas w wodzie do góry dnem, ustawienie na nim kuchenki spirytusowej w celu rozgrzania w małej puszeczce odrobiny lepiku (smoły po prostu) i przyklejenie w odpowiednim miejscu dna kajaka wyciętej na poczekaniu kwadratowej łaty ze sklejki. Po ponownym odwróceniu kajaka jego załoga okrętowała się z wody na swój statek (nie było to łatwe – by go nie przewrócić trzeba było ostrożnie wchodzić nań okrakiem od rufy), odbierała bagaże i płynęła dalej. Inne kajaki spokojnie przeczekiwały czas naprawy trzymając się zwisających gałęzi. Takie „przystanki” trafiały się na Bliźnie co kilkadziesiąt minut.
Potem przyszedł czas na wielką podróż wodą – po Europie. Przez cztery lata, zawsze w lipcu, rzepłynęliśmy rodzinnie większość rzek i kanałów Europy specjalnie zbudowanym własnym hausbootem, czyli jachtem mieszkalnym, pierwszym zresztą w Polsce. Później przyszedł czas na zwiedzanie świata i rejsy wycieczkowcami. Ten ostatni sposób podróżowania akurat wtedy bardzo staniał, Po następnych kilku latach mieliśmy już „zaliczony” prawie cały świat, a dokładnie – północną półkulę Ziemi.

Woda3

Pływanie uprawiam już od lat i do dziś. Bo pływa się zawsze po płaskim – kajakiem, hausbootem czy wycieczkowcem. Ten ostatni zapewnia nawet widoki z góry, a nie wymaga wysiłku fizycznego.
Muszę przyznać, że moje wybory, choć podświadome, były konsekwentne. Zawsze chętnie szedłem na łatwiznę.

 12 maja 2019 roku

Wojciech Nowakowski Wikipedia
refleksyczasu@aol.com
Tel. +48 690657821