Zawichost, stan wód i… obraz

Nic ma w istocie czegoś takiego jak Sztuka. Są tylko artyści. Kiedyś byli to ludzie, którzy brali do ręki kawałek kolorowej gliny i szkicowali kształt bizona na ścianie jaskini. Dzisiaj inni kupują farby i projektują reklamy, lub też robią wiele innych rzeczy. Nic nie przeszkadza w nazywaniu tych wszystkich czynności sztuką, jeśli tylko się pamięta, że takie słowo może oznaczać zupełnie różne rzeczy w różnych czasach i miejscach, i tak długo, jak zdajemy sobie sprawę, że Sztuka przez duże S nie istnieje. Sztuka przez duże S stała się czymś w rodzaju postrachu i fetyszu. Można zdruzgotać artystę, mówiąc mu, że to, co właśnie zrobił, jest niezłe na swój sposób, ale to nie jest Sztuka. I można zawstydzić kogoś, komu podoba się obraz, oświadczając, że to, co podziwia, to nie Sztuka tylko coś innego. Doprawdy nie sądzę, by było coś niewłaściwego w tym, że podoba się nam jakaś rzeźba czy obraz…
To pierwszy akapit prawie 700-stronicowej opowieści „O sztuce” Sir Ernsta Gombricha (The Story of Art, pierwsze wydanie w 1950, wydania polskie 1997, 2009 oraz 2013). Jedynej na świecie książki o sztukach pięknych, jednocześnie przystępnej i profesjonalnej, przetłumaczonej na ponad 20 języków, kupowanej licznie nadal przez miliony ludzi na świecie. Gombrich był jedynym w historii, który stwierdził, że nie ma czegoś takiego jak Sztuka. I chyba miał rację. Dzieła plastyczne mogą na jednych robić wrażenie – na plus lub na minus – a przez innych nie być w ogóle zauważane. Tak jest, i w istocie to nic dziwnego ani rewolucyjnego.

Do sztuk pięknych jeszcze wrócę. Muszę się jednak najpierw cofnąć o 70 lat. Jako ośmiolatek odkryłem w domu radio, małego Phillipsa. Około południa, o 12:07 była moja ulubiona audycja – Komunikat o stanie wód. Podawano w niej poziom wody w nieznanych mi miejscowościach, z których do dziś zapamiętałem dwie: w Miedoni i w Zawichoście. Pierwsza na Odrze, druga na Wiśle. Komunikatu zawsze słuchałem z przejęciem, myśląc jak wysoko woda zalewa tam ludzi.

45 lat później miałem w kilku sprawach pojechać samochodem z Warszawy do Stalowej Woli. Patrząc na planowaną trasę na mapie zobaczyłem Zawichost. Nieco z trasy, ale jest tam prom. Tak więc nie trzeba było  jechać przez Sandomierz, tylko prawym brzegiem Wisły i Sanu, zwiedzając przy okazji co niemiara.

Zawichost
Zawichost … w ciągu ostatniej doby ubyło pięć… Stary wodowskaz wybudowany w 1924 r. przez miejscowych murarzy. Kościół Św. Jana Chrzciciela. Po prawej kościół parafialny pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP. Niżej po lewej: prom wiślany w Zawichoście, z miasta do… nikąd. Tuż przy promie, po lewej stronie wjazdu widać obecny, potrójny wodowskaz. Po prawej na dole: na drugiej stronie Wisły jest tylko przyczółek promowy z widokiem na miasto i wąziutka droga na wschód przez las. Fot. internet

Poziom wody na starym wodowskazie w Zawichoście był od 1924 roku odczytywany przez funkcjonariusza Nadzoru Wodnego i przekazywany przez telefon do Warszawy. Informacja ta docierała do wszystkich w komunikacie Polskiego Radia. Dziś jest także, ale już w wielu różnych mediach, głównie w internecie.

Początki osady nie zostały dotąd wyjaśnione. W źródłach pisanych jest wzmianka o istniejącej już w XII wieku siedzibie kasztelana i archidiakona. Zawichost był więc już wtedy znaczącym ośrodkiem kościelnym w Małopolsce. W latach 50-tych XVII w. Zawichost został złupiony i doszczętnie spalony przez Szwedów. W roku 1657 na w Zawichoście przeprawiały się przez Wisłę wojska szwedzkie i wspierające ich oddziały siedmiogrodzkie i kozackie. Wydarzenie to utrwalił na swojej rycinie oficer sztabu króla Szwecji Dahlbergh.

MiedziorytPrzeprawa Szwedów i ich sojuszników prze Wisłę pod Zawichostem. Miedzioryt Eryka Jönsona Dahlbergha (1625–1703), oficera sztabu Jego Królewskiej Mości, króla Szwecji Karola X Gustawa. Fot. internet

Na miedziorycie widoczne są wszystkie kościoły miasta. Zamek na wyspie już nie istnieje, zmienił się także nurt Wisły. Dzisiejszy prom pływa właśnie w miejscu przeprawy Szwedów. Od lat jego szyprem jest Krzysztof Strugała, sympatyczny gawędziarz prawie wielkiej wody. W trakcie naszej przeprawy Pan Krzysztof pokazywał nam liczne obrazki, jakimi była obwieszona była jego sterówka:  – To obrazki mojej żony, malowane na szkle włoskimi farbami! Sprzedaję je niedrogo, może coś Pan wybierze?
Wybrałem. Ten poniżej. Mam go i wisi do dziś na ścianie obok monitora, tuż obok Greila. Lubię go i dla mnie jest dziełem sztuki. Dokładnie takim, jakie definiował profesor Gombrich.

Obrazek
Klasztor w Zawichoście. Obrazek na szkle. Malowała Małgorzata Strugała

PS. Pani Małgorzata na co dzień zajmuje się biznesem (kosmetyki AVON). Ale też wraca podobno już do malarstwa. I dobrze.

Wojciech Nowakowski Wikipedia
refleksyczasu@aol.com
Tel. +48 690657821