Życie polskie w dawnych wiekach

To tytuł naukowej rozprawy historycznej, z góry wydawałoby się nudnej. Gorzej – gdy dowiemy się, ze rozprawa ta została wydana przed I Wojną Światową, w 1907 roku, przez naukowego historyka, to naprawdę powstaje problem – czy to w ogóle czytać. W internecie jednak stoi, że książka ta miała do dziś kilkadziesiąt wydań, zarówno niegdyś, jak i dziś. Ostatnio wydano nawet audiobook. Niestety audiobook nie ma ilustracji, ale słuchanie można sobie wspomagać ekranem smartfona. Dlaczego warto go posłuchać? Też dlatego, że jest darmowy, w ramach specjalnej akcji Muzeum Historii Polski (na przykład tu).

Wydania
To tylko sześć z kilkudziesięciu wydań „Życia…” Łozińskiego. W wszystkich utrzymany jest oryginalny tekst. Pierwsze dwa zdjęcia z lewej na górze to okładka i strona tytułowa oryginalnego wydania lwowskiego z 1907 roku. Potem kolejno czwarte: Lwów 1921, jedno z wielu Iskier, dwa z wielu Wydawnictwa Literackiego z 1964 i 1958 roku oraz świeży, jeszcze ciepły kolejny darmowy audiobook Muzeum Historii Polski czytany dyskretnie fachowym i ciepłym głosem Magdaleny Górskiej. Ta dyskrecja czytania właśnie w audiobookach jest najważniejsza!

Słucham audiobooków wieczorem, by już po całym dniu nie patrzyć wreszcie ekran. Władysława Łozińskiego „Życie…”, po niedawnej randce z Marysieńką, to inny, poważniejszy kaliber. Ale o dziwo, wciągający i dający wiele do myślenia.

RzeczpospolitaRet
Legacja polska na posłuchaniu u sułtana w Stambule (mal. Luigi Mayer 1755–1803). Orszak magnacki w podróży (mal. Jan Chełmiński 1851–1925). Pasy szlacheckie kontuszowe: Masłowskiego i słucki

„Życie polskie w dawnych wiekach” urzeka barwnością i urodą stylu literackiego Władysława Łozińskiego (nie licząc stale powtarzanego i tak dalej). Podobno współcześni autorowi czytelnicy odebrali jego dzieło jako swego rodzaju skruchę i zadośćuczynienie czarnego obrazu szlacheckich obyczajów we wcześniejszym „Prawem i lewem”. Pisano, że „Życie…” miało być pucharem sarmackiego miodu, by zatrzeć piołunowy smak poprzedniego utworu. Nie wydaje mi się jednak, że „Życie…” to osładzanie wizerunku. Jest prawdziwą opowieścią odtwarzającą rzeczywisty obraz znanych nam od romantyzmu słodkich opisów literackich, a potem jeszcze słodszych „dworkowych” obrazów naszych filmowców.

Ludzie
Staropolska wizyta (nn). Sekretna misja – dama wręczająca szlachcicowi list ubrana w jupkę, na głowie ma kołpaczek obszyty sobolową opuszką – to krótkotrwała moda za czasów króla Augusta III (mal. M. Burman ). Stroje Polskie XVI w. (wg Jana Matejki)

Dzięki Łozińskiemu czytelnik może zajrzeć do siedzib magnaterii oraz zamożnego ziemiaństwa, podziwiać ich „ubiory i splendory”, towarzyszyć im w życiu publicznym i rodzinnym na co dzień i od święta, a także w podróżach po tak rozległej niegdyś Rzeczypospolitej oraz w wojażach do dalekich krajów. A przede wszystkim zobaczyć słuchaniem prawdziwe szlacheckie rodzinne trzypokoleniowe dwory, z ich wieloma przybudówkami i licznymi lokatorami. I ich codzienne obyczaje, umeblowanie, życie i zajęcia. Wszystko to wyciągnięte przez Łozińskiego z prawdziwych źródeł historycznych: kronik, pism sądowych, pamiętników i nigdy nie oglądanych wcześniej grafik i obrazów.

Nie mogę sobie odmówić cytatu z tej niezwykłej urody i rzetelności książki z fragmentem opisu 17-wiecznej szlachty:

Ta wspaniałość szat i klejnotów u znamienitej szlachty, ta złudne ich obfitość nawet u mniejszej i bardzo małej, wywołuje wrażenie, jak gdyby ta przeszłość była jakimś światem purpury, złota i brylantów, nasuwa wniosek nie już wielkiego dobrobytu, ale wyjątkowego bogactwa. Wniosek taki byłby jednak mylny… …ta amatorska obfitość drogich kamieni, złota, klejnotów, nie stała w żadnym rozumnym stosunku do rzeczywistego majątku i nie może wcale służyć za dowód wielkiego dobrobytu. W przeważnej części było to bogactwo okupione ubóstwem, świetna fasada, poza którą daleko mniej było, niż obiecywała, poza którą niekiedy już nic więcej nie było. Wacław Potocki nazywa to »bogatą nędzą«. …
Widzimy z inwentarzy, które nam wyliczają wszystkie te splendory domowe, bo tak nazywano u nas szaty, sprzęty, kosztowną broń i klejnoty, że między ich świetnością i obfitością zbytek bez a tem, co jest realnym dostatkiem domu, co służy rzeczywistej dobrobytu potrzebie, wygodzie, łatwości bytu i życia, zachodziła zbyt często rażąca dysproporcya. Był to aparat świąteczny a święto nad wszelką miarę żyło kosztem dnia powszedniego. Więcej to była wada czasów niż narodowego charakteru, bo na całym współczesnym świecie działo się podobnież, tylko że wśród daleko szczęśliwszych warunków społecznych i ekonomicznych i z większą szansą wyrównania kontrastów.
Nie brakło też kontrastu zbytków i wielkiej i możnej szlachty – było nim już same tło społeczne, w całości swojej takie szare i ubogie, że gdybyśmy mogli je widzieć dzisiaj roztoczone przed sobą, ujrzelibyśmy, jak ta świetność gubiła się w płowej masie, jak ten złoty haft nie wystarczał, aby z tła zrobić malowniczy kobierzec. Nie mówiąc już o ludzie, który nie wchodzi w zakres tej pracy, dość było ciemnego tła w tej warstwie, która się także »bracią szlachtą« nazywała, w mnogo tysięcznym tłumie tej szlachty cząstkowej, zaściankowej, okolicznej czynszowej, chodaczkowej, która choć ją rzeczywisty przywilej wolności a fikcyjny równości oddzielił przepaścią od ludu, przecież sposobem swego życia, stopniem oświaty i ubóstwem tak była blizka chłopa, że ją w naszym opisie obyczajów szlacheckich pomijamy, pozostawiając ją ludoznawstwu. Ten drobny szlachcic, najpośledniejszy »syn koronny«, który ma dzisiaj więcej miejsca w powieści i poezyi, niźli go miał w historyi – dał mu przecież Mickiewicz homeryczną nieśmiertelność, przenosząc na Parnas polski zaścianek dobrzyński – ten brat szlachcic mieszkał tak samo w chałupie krytej słomą, nie zawsze i nie wszędzie opatrzonej kominem i tern tylko różniącej się od chłopskiej lepianki, że nazywała się dworkiem i musiała koniecznie mieć ganeczek; no sił po szlachecku zawiesiste wąsy, ubierał się w siermięgę i płótniankę, a od wielkiego święta w kontusz z karazyi, przypasywał surowym rzemykiem szablę oprawną w gołą trzaskę, wotował na sejmikach, mógł wotować na króla, nazywał się w aktach »szlachetnym«, używał sam tytułu pana a żona jego »jejmości« – i oto cały splendor jego stanu… …Rozsiedlony gęsto we wszystkich prawie dzielnicach Polski, mało wykazywał różnic prowincyonalnych pod względem dobrobytu, ubioru i obyczaju, ale jak wypływa z wielu wzmianek, najuboższy był i najwięcej dostarczył tematu do satyry na Mazowszu, gdzie, jak twierdzi arcybiskup Marescotti w r. 1670, szlachta zaściankowa »niedawno jeszcze temu nie wiedziała, co to jest złoto, srebro lub wino«, a popisywała się na zjazdach i okazowaniach w ubiorach i uzbrojeniu, wywołujących śmiech i szyderstwo widzów.

Wojciech Nowakowski Wikipedia
refleksyczasu@aol.com
Tel. +48 690657821/